Jak uznać swoją grzeszność?

Przyjrzyjmy się biblijnym postaciom, które przeszły metanoję, aby poznać jej przebieg:

Król Dawid – zgrzeszył cudzołożąc, manipulując, planując i doprowadzając do śmierci Uriasza. Kiedy przyszedł do niego prorok Natan z napomnieniem, Dawid powiedział tylko: Zgrzeszyłem wobec Pana. Król nie szukał usprawiedliwienia, nie tłumaczył się, nie dyskutował o swoim trudnym dzieciństwie i jego konsekwencjach, o własnych potrzebach czy okolicznościach wyjątkowych.  Uznał swoją grzeszność. (por. 2 Sm 12, 7-14)

Syn marnotrawny, który zażądał od ojca majątku, roztrwonił go, później żył w niedostatku i upodleniu, wreszcie postanowił powrócić do ojca, ale uczynił tak dopiero wtedy, gdy uznał swoją grzeszność:

„Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem (por. Łk 15, 11- 24)

Nierządnica – trwała długo w grzechu, była znana w mieście ze swojego postępowania. Wreszcie weszła do domu faryzeusza Szymona, by tam paść do stóp Jezusowi. Uznała swoją słabość, swoją grzeszność. Rzewnie płakała, namaściła stopy Chrystusa drogocennym olejkiem, ocierała je włosami. Publicznie w obecności zebranych się ukorzyła i zwróciła swoją postawą uwagę Jezusa na siebie. Przyznała się do długotrwałego grzechu i ocaliła siebie. (por. Łk 7, 36 -50)

            W sposób szczególny prześledźmy postawę św. Piotra, który się zaparł Jezusa. Jezus przepowiedział Piotrowi, że ten Go zdradzi (por.  Mt 26, 31 – 35).  Apostoł był pewien miłości Jezusowej. Czuł się przy Mistrzu dobrze. Podczas Wieczerzy nie lękał się, był przekonany co do tego, o czym mówi. Ale w obliczu okoliczności zagrożenia własnego życia zgrzeszył. Uznał, że źle zrobił, zapierając się Pana i gorzko zapłakał. (por.  Mt 26, 69 – 75).

Grzeszność uznaje Samarytanka przy studni, setnik, który prosi o uzdrowienie sługi.

(«Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój. Łk 7,6b.) Upadek jest po to, byśmy byli świadomi własnej grzeszności i uwielbili Boga za to, że nam przebaczył. Poczucie grzeszności jako nieustannej skłonności do grzechu ma nam przewodniczyć przez całe życie, jak w filmie „Wyspa” ojcu Anatolijowi, by w autentyczności skruchy wybrać Chrystusa. Dopóki nie ma uznania, że poprzez grzech mocno skrzywdziłem Jezusa, nie ma też nawrócenia. Jeżeli nad swoim grzechem gorzko nie zapłaczesz, to w gruncie rzeczy nie żałujesz go, a więc się nie nawrócisz. Nie wybierzesz Chrystusa, nie pozostawisz dawnego człowieka. Piotr zapłakał gorzko nad swoim grzechem. Jawnogrzesznica wylewała łzy nad stopami Jezusa. Anatolij płakał nad sobą, ale nie nad tym, co konkretnie zrobił kiedyś. Już nie analizował przeszłości. Prosił Boga, by się nad nim zmiłował, bo był świadom swej grzesznej natury. Piotr nie oskarżał się, jaki to on jest, bo się zaparł, ale mówił: Panie, musisz mi wybaczyć. Wybaczyłeś innym, teraz musisz mi wybaczyć. Uznanie naszej grzeszności podoba się Bogu. Nie podoba Mu się trwanie w grzechu.

Świadomość grzeszności zbliża nas do Boga. Świadomość grzeszności u Piotra spowodowała przylgnięcie do Jezusa. To tak, jakby Jezus powiedział do Piotra: ugnij się, bo jest ci to potrzebne. Bez tego nie będzie nawrócenia. Grzech w nas musi doprowadzić do takiego stanu, byśmy stali się autentyczni. Gdzie się będę zapierał, tam upadnę jak Piotr. Gdyby Piotr się nie zaparł, nie skosztował upadku, nie miałby udziału w żalu. Bóg buduje na naszej słabości, nie na naszej sile. Bogu potrzebna jest nasza słabość.

 

Moja grzeszność

 

Przypomnijmy znaną scenę poszukiwania drogi przez młodzieńca: 

 A oto zbliżył się do Niego pewien człowiek i zapytał: «Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?»  Odpowiedział mu: «Dlaczego Mnie pytasz o dobro? Jeden tylko jest Dobry. A jeśli chcesz osiągnąć życie, zachowaj przykazania».  Zapytał Go: «Które?» Jezus odpowiedział: «Oto te: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj swego bliźniego, jak siebie samego!»  Odrzekł Mu młodzieniec: «Przestrzegałem tego wszystkiego, czego mi jeszcze brakuje?»  Jezus mu odpowiedział: «Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!»  Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. (Mt19, 16 – 22)

Jaki mam kapitał życiowy?

W rachunku sumienia warto złożyć na piśmie własną deklarację majątkową. Spisać swoje dobra: ruchome, trwałe i własne fundacje. Przykładowo:

Majątek ruchomy:

obmowa, myślenie i mówienie o innych (nie mogę milczeć, muszę powiedzieć, skomentować, odezwać się); kontrola nad dziećmi, mężem; czepianie się. Początek Księgi Mądrości napomina:

„Zatem się nie ukryje, kto mówi niegodziwie i nie ominie go karząca sprawiedliwość. Zamysły bezbożnego zostaną zbadane i dojdzie do Pana wieść o jego słowach, dla potępienia jego złych czynów. Czujne bowiem ucho nasłuchuje wszystkiego i pomruk szemrania nie pozostanie w ukryciu. Strzeżcie się więc próżnego szemrania, powściągajcie język od złej mowy: bo i skryte słowo nie jest bez następstwa, a usta kłamliwe zabijają duszę.”

 (Mdr 1, 8-11)

Dobra trwałe:

zazdrość o majątek; myślenie: nikt nie ma prawa odebrać mi majątku! Nikt nie ma prawa odebrać mi zdrowia! Muszę mieć, posiadać dobra materialne i być zdrowy! Narzekanie, że nie mam zdrowia, nie mam powodzenia finansowego i pytam: czym sobie na to zasłużyłem? Nie biorę pod uwagę, że jestem dzierżawcą dóbr, że od Boga je mam, że mam z nich korzystać, ale nie jestem ich posiadaczem. Wszystko należy do Boga, przez Niego zostało stworzone i przez Niego jest dysponowane:

 Błogosław, duszo moja, Pana!
O Boże mój, Panie, jesteś bardzo wielki!
Odziany we wspaniałość i majestat,
światłem okryty jak płaszczem.
Rozpostarłeś niebo jak namiot,
wzniosłeś swe komnaty nad wodami.
Za rydwan masz obłoki,
przechadzasz się na skrzydłach wiatru.
Jako swych posłów używasz wichry,
jako sługi – ogień i płomienie.
Umocniłeś ziemię w jej podstawach:
na wieki wieków się nie zachwieje.
Jak szatą okryłeś ją Wielką Otchłanią,
stanęły wody ponad górami.
(Ps 106, 1-6)

Fundacja własna „Naj”:

moje „ja”; skupianie na sobie; dbanie o konta społecznościowe, by inni wiedzieli, co u mnie i w mojej rodzinie się dzieje; przesadnie dbam o wygląd zewnętrzny z intencją, by inni widzieli, zauważyli; „oczekuję lajków”, komplementów; muszę wstawać w nocy, by ponarzekać, bo znowu jestem wybudzony, o co chodzi, że się budzę lub wstaję, żeby sobie dogodzić jedzeniem lub narzekam na siebie, że mam niedomagania, pretensje; krytycyzm wobec siebie; obchodzi mnie, co inni o mnie powiedzą; co pomyślą, jak odbiorą moje zachowanie. Mam wypracowany wizerunek i dbam o niego; żyję w iluzji, opowiadam innym, jak to ze mną jest, jakie mam trudności, dolegliwości – robię to, by utrzymać swoją pozycję i będę się w obecności tych osób tak właśnie zachowywać, żeby potwierdzić, że mówię prawdę; jestem przekonany, że i tak nikt mnie nie zrozumie, nikt nie wie, jak to jest…; mówię, że trudności w życiu dorosłym mam przez rodziców, którzy byli tacy a nie inni;  moja modlitwa sprawiła, że Bóg zadział w tak niesamowity sposób; jak wspaniale Bóg mnie prowadzi… moja sztuczna grzeczność, kurtuazyjność w zachowaniu, w słowach…

Fundacja „nie mam

postawa: nic mi to nie dało, mam tak od zawsze, nic mi się nie zmienia. Czy uznałem w sobie odpowiedzialność za to, że moje małżeństwo się rozpadło, czy uznałem, że to ja bez przerwy narzekam: że mam tak ciężko, że inni mi nie pomagają, że muszę sam? A jak znoszę spostrzeżenie, że w mojej opinii ktoś inny lepiej jest prowadzony? Moje dyskutowanie ze sobą to szukanie osób odpowiedzialnych za moją sytuację, to moja ciekawość, to moje prognozowanie, powątpiewanie. To są myśli typu: wspólnota mi powiedziała, że mam robić tak i tak, a to się nie sprawdziło. A może zrobię inaczej, po swojemu, będzie lepiej? Może przyglądam się mojej osobie prowadzącej, mojemu spowiednikowi – ciekawe, jak zareaguje, gdy mu to powiem, gdy mu wytknę coś z poprzedniej rozmowy? ale teraz to palnął! a jeszcze go zaczepię o taką rzecz, ciekawe, co mi powie?

Przypomnijmy sytuację z ogrodu Eden. Ewa. Dlaczego zerwała owoc? Bo uznała, że go pragnie i że jest smaczny. Zrzucenie później winy na szatana to wymówka i szatańska sztuczka. Nie uznasz w sobie grzeszności, gdy się tłumaczysz. Jeśli widzę w sobie moją skłonność do sprawiania sobie przyjemności szemraniem (Co sprawia mi przyjemność? np. wyrzucenie komuś błędów, obmowa, chęć, by sobie ulżyć, zajmowanie się plotkami, narzekanie na innych; muszę ci powiedzieć albo muszę wiedzieć…) obżarstwem, bo jedzenie jest smaczne, bo sprawia mi to przyjemność. To są wymówki. Natomiast: Skusiłem się, nie wytrzymałem… – to są usprawiedliwienia. Posługując się takimi szablonami nie uznaję w pokorze mojej grzeszności, tylko szukam zewnętrznych usprawiedliwień, tłumaczę się, szukam okoliczności łagodzących. Jeśli uznaję wprost, że jestem obżarciuchem, to nie ma tu miejsca na wymówki.

Mogę tak postępować nieświadomie i być według siebie prawdomówny, że tak mam, bo właśnie tak czuję, choć prawda Boga o mnie jest inna. Ale kiedy ta świadomość do mnie dotrze, światło Ducha Świętego poucza mnie o mojej grzeszności. Mam szansę nie wybrać tego więcej. Uznaję moją grzeszność i milczę. Wybieram nicniemówienie.

Stawiam sobie zawsze Pana przed oczy,
nie zachwieję się, bo On jest po mojej prawicy.
(Ps 16, 8)

Czy chcę, by nadal grzech mną rządził? Jeśli wybieram grzech, to nie uznaję grzeszności. Mogę też zakłamywać siebie. To już nie będzie prawdomówność. To już nie moja wersja własnego ja, w którą wierzę, lecz to usprawiedliwianie i manipulacja. Bo mi się to należy. To już nie będzie prawdomówność, ale kłamstwo. Okłamuję siebie, by pozwolić sobie na grzech, by zrekompensować sobie jakiś brak czy trudność.

Robiąc inwentaryzację swoich dóbr pomyśl: Czy oddam swój majątek?  Czy sprzedam skupianie się na sobie?

Uznanie

 

Jaki jestem, stojąc w prawdzie, a jaka jest prawda Boga o mnie? Czy moja wersja o mnie samym to jest to, co myśli o mnie Bóg? Gdzie się zapieram, że moje, że przecież ja? Myślę, że Bóg myśli jak ja, więc ja postępuję właściwie?

Moja „prawdomówność” o mnie ma zostać sprzedana, bym mógł pójść za Słowem Boga. Mam chodzić za Jezusem, za Prawdą – a nie mówić własnej prawdy o sobie. Mam uznać w sobie grzeszność – nazwać po imieniu to, co dzieje się we mnie, uznać jaki jestem. Nie skrytykować się, nie zataić, nie usprawiedliwiać, nie kombinować, nie rozdrabniać, nie analizować, nie projektować, nie planować, nie obiecywać, że już nigdy więcej tego nie zrobię (wtedy przyjdzie sprawdzenie, czy dotrzymam mojej prawdomówności), nie dialogować z sobą samym, ale uznać, gdzie zgrzeszyłem przeciw Panu – jak uczynił to Dawid. I milczeć. Poddać się pod osąd Boga, by to On położył swoje miłosierdzie na mojej grzeszności. To Bóg – Duch Święty mnie poucza, co jest grzechem, Słowo Boga to czyni, rzuca światło na mój grzech i moją skłonność do grzechu. Staję wtedy w Bożej obecności, uznaję prawdę Boga o mnie, weryfikuję moje myślenie i postępowanie. Uznaję, że moja „prawdomówność” nie pokrywa się ze Słowem Boga. Co wtedy? Przeciwstawiać się? Nie, bo to oznaczałoby, że chcę z tym dialogować. Nie brać tego. Natychmiast to odciąć. Nie rozmyślać. Uznaję, że mam skłonności ku temu i nie będę się oskarżał, kiedy upadnę. Tylko poproszę Boga o wybaczenie: Boże, wybacz mi. I koniec. Teraz więcej tak nie robię. Przechodzę na milczenie, wybieram nicrobienie. Zero dialogu z tym, co zrobiłem. Zero oskarżania się z tym, co zrobiłem. Było, koniec, kropka. Nie dyskutuję z grzechem, który popełniłem, tylko uznaję to, że taki jestem w swoim postępowaniu. Wtedy jest uznanie. Uznanie swojego grzechu to decyzja. Uznanie w oczach Pana to szacunek.

Wołamy: Chryste, wybacz mi! To daje Bogu usprawiedliwienie dla nas. Bo ja uznaję w sobie, że potrzebuję za każdym razem Jego miłosierdzia, Jego miłości. Jezusowa miłość jest mi potrzebna po to, by nie rozpamiętywać tego, co się wydarzyło. Żeby się nie rozliczać. A Bóg wszystko widzi, wszystko ma odkryte. Co przez nas uczynione tajnym, dla Niego jest jawnym. Natomiast my przez swoje myślenie o sobie, usprawiedliwianie, wytłumaczenie sobie swojego postępowania, czynimy się świętymi. Dopóki tkwimy w rozdrapywaniu, analizowaniu, katowaniu siebie za grzeszność, rozliczaniu – czynimy siebie bogiem. W dążeniu do ideału, zadręczaniu siebie – czynimy z siebie męczenników. Piekło jest pełne „świętych”, a w niebie są sami „grzesznicy”. Gdy czujesz gorycz grzechu, gdy gorzko zapłaczesz, dopiero widzisz miłość Boga. W milczeniu dokonuję wyboru – czy idę za Prawdą, czy za moją „prawdomównością”.

Co mówi człowiek, który nie uznaje grzeszności i ma problem na przykład z obżarstwem? Usprawiedliwia się, że mu się należy przyjemność, zadowolenie, spełnienie, że ma do tego prawo. Człowiek pokorny nie będzie usprawiedliwiał się, tylko przyjmie prawdę. Wtedy staje też w prawdzie przed Bogiem. Kiedy alkoholik staje w prawdzie? Gdy przyzna, że ma problem i nie będzie tego usprawiedliwiał.

Podstawą pokonania pychy jest nietłumaczenie się. Przestaniesz się tłumaczyć, przestaniesz usprawiedliwiać, oskarżać siebie, tłumić w sobie, co uczyniłeś, wtedy wchodzisz w pokorę, w uznanie w oczach Pana. Szatan nie uznał pokory, skutkiem czego strącony został z nieba. Pycha z nieba spycha.

 

Kiedy mogę być wolny?

Kiedy nie krytykuję siebie i innych za to, co zrobiłem. Kiedy nie usprawiedliwiam tego, co robiłem. Wtedy jest początek zmiany. Wtedy przychodzi łaska. I wtedy Bóg robi przez Ciebie to, co chce robić. Najpierw trzeba podjąć trud milczenia.

Nie mów: Panie, ja taki jestem słaby…, bo wtedy się usprawiedliwiasz, wtedy użalasz się nad sobą, przez co ujawnia się Twoja pycha. Mów: uznaję Panie mój grzech, jest on zawsze przede mną. (Przeczytaj Psalm 51) Pozwól sobie na milczenie, w którym następuje wybór postępowania. Nie chodzi tylko o milczenie zewnętrzne, że „nabiorę wody świętego Wincentego”. Chodzi o milczenie wewnętrzne: nie pomyślę, nie oskarżę siebie, nie skrytykuję, nie przeanalizuję, nie rozmienię na drobne, nie usprawiedliwię, nie będę się tłumaczył, dialogował z sobą jak faryzeusz Szymon – co, jak i skąd mam. Uznaję swoją grzeszność przed Bogiem jak Dawid, Piotr czy jawnogrzesznica. Do mnie należy decyzja: co ja teraz zrobię? Nie kłócę się z tym, czy na przykład teraz zapalę czy nie zapalę papierosa, czy napiję się, czy ponarzekam, czy poskupiam się na sobie, czy obmówię kogoś, czy pouczę, czy ulegnę obżarstwu czy namiętności. Nie toczę walki w sobie, nie składam obietnic. Przejdę na milczenie, na „nicrobienie”.

Teraz w tym momencie twoim zadaniem jest „niewybieranie grzechu”. Chociaż skłonność jest nadal przy mnie, ciągnie mnie do tego grzechu i to jest normalne, że pokusa przychodzi. Ale to ja decyduję, czy ją wezmę. Ale uwaga! Wtedy też diabeł pokazuje mi moją złość. Wtedy przede mną staje moje nieopanowanie względem tego, czego nie chcę wybrać. Wtedy jest moja prawda o mnie. Ale inaczej nie uznałbym swojej słabości.

Święty Paweł pisze w „Liście do Rzymian”:

Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! Tak więc umysłem służę Prawu Bożemu, ciałem zaś – prawu grzechu. (Rz 7, 18- 25)

Uznając moją nieprawość nie przerażam się, że nie potrafię zapanować nad sobą. To nie ja mam to umieć. Mam tylko tego nie wybierać. Wyboru dokonuję w milczeniu – czy idę za Prawdą, czy za swoją „prawdomównością”, za iluzją, w której żyję, za usprawiedliwieniami, tłumaczeniem się, pokusami. W Liście do Koryntian czytamy:

Z tego więc będę się chlubił, a z siebie samego nie będę się chlubił, chyba że z moich słabości.  Zresztą choćbym i chciał się chlubić, nie byłbym szaleńcem; powiedziałbym tylko prawdę. Powstrzymuję się jednak, aby mnie nikt nie oceniał ponad to, co widzi we mnie lub co ode mnie słyszy. Aby zaś nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował – żebym się nie unosił pychą. Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz [Pan] mi powiedział: «Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali». Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny. (2 Kor 12, 5-10)

W tym milczeniu już tylko poddaję się pod osąd Boga, by to On położył swoje miłosierdzie na mojej grzeszności – jak w Psalmie 51:

Tylko przeciw Tobie zgrzeszyłem
i uczyniłem, co złe jest przed Tobą,
tak że się okazujesz sprawiedliwym w swym wyroku
i prawym w swoim osądzie.

Nie składam obietnic, jeśli ją złamię, i to po raz kolejny, popadnę w błędne koło. Gdy składam obietnice, zapieram się skłonności do grzechu, zdradzam swoje położenie i wystawiam samego siebie. Przyjdą próby, by mnie złamać. Niczego sam z siebie nie mogę zagwarantować. Uznaję tylko moją nieprawość… nie kłócę się z grzechem. Upadłem? Panie wybacz mi! Przepraszam Cię!

Nie analizuję, w co i jak upadłem, nie krytykuję siebie. Nie oznacza to, że mam sobie na grzech pozwalać! Mówię jak Dawid: Boże, zgrzeszyłem przeciw Tobie… i kropka! Jest mi przykro z tego powodu. Więcej w to nie wracam. Grzech zapisuję do spowiedzi i z nim nie dyskutuję. Bóg wie, co ma wybaczyć, zna moje serce, nie muszę tego mówić głośno. Na głos wtedy tylko mówię: uznaję moją nieprawość…  bo we mnie jest potencjał do popełnienia grzechu, który już popełniłem, ale i do takiego, którego sobie nie wyobrażam, że mogę popełnić i mówię sobie: nie, tego to na pewno nigdy nie zrobię… To zapieranie się, jak u Piotra, który zapewniał Jezusa, że na pewno się Go nie wyprze. Przyjdą okoliczności, które, jak u Piotra, zweryfikują moje słowa.

Kiedy przyznaję się do prawdy takiej, jaka o mnie jest, kiedy uznaję swoją skłonność do grzechu, zmiana nastąpi we mnie dopiero wtedy, kiedy przestanę się oskarżać, kiedy nie będę chciał wracać w oskarżanie siebie. Kiedy nie dam się wciągnąć w myślenie, że staram się, ale mi nie wychodzi. Wybieram wtedy milczenie, nieanalizowanie. I uznaję: tak, taki jestem.

I kładę na to miłość. Miłość, cierpliwość, łaskawość. Wtedy Bóg we mnie jest taki. Kiedy uznaję w sobie tę grzeszność, wtedy miłość Boga wchodzi prosto w moje serce. A z serca wychodzą moje złe uczynki. Kiedy miłość kładę na uczynki?  W moim milczeniu przychodzi moje rozeznanie uczynków. Otrzymuję łaskę poznania siebie. Ujawnia się cała płaszczyzna grzeszności w tym konkretnym aspekcie – nie jako szatańskie oskarżenie prowadzące do rozpaczy, ale jako przejaw bezkresnej miłości Boga, dającej szansę przeżyć cały proces od uznania mojej winy, przez wstyd, żal, skruchę i pokorę nawrócenia.

Wtedy przechodzę na radość doskonałą – mówię modlitwę grzesznika (Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu i synowi, i duchowi Świętemu…) i pomyślę o wybranej scenie z Męki Chrystusowej. Przyjmuję wolę Pana. Kiedy zachowam spokój, nie wpadnę w złość, rozpacz lub zniechęcenie, wtedy właśnie mam radość doskonałą.

Zgadzając się na uznanie mojej grzeszności, wyrażam gotowość wejścia w proces nawrócenia się.  Prawda Boga czyni we mnie wtedy to, czego chce Bóg – wola Boża wypełnia się na mnie, łaski Boga spływają na mnie, a ja dalej zajmuję się sprawami Boga. Kiedy moja prawdomówność pokrywa się ze Słowem Boga, wtedy dopiero okazuje się prawdą. Nie ma możliwości, by ukryło się moje ja. Mój majątek nie jest do ukrycia (por. Mdr 1, 1-15). Gdy idę za Jezusem w prawdzie, nie mówiąc, jak Bóg zrobił we mnie to i tamto, nie będę tego mówił, ale tak postępował, to dopiero będzie Prawda.

Jezus po zmartwychwstaniu pyta Piotra trzy razy: Czy miłujesz mnie bardziej niż ci? Jezus powołuje właśnie takiego Piotra. Przynosi mu miłość i pokój na jego zdradę. Ojciec Anatolij długo płakał nad swoim grzechem. Jego grzeszność była potrzebna, żeby Bóg w jego życiu mógł uzdrowić Nadię, odmienić serce Tichona i innych ludzi. Co dobrego dla Boga może wyniknąć z mojej grzeszności? Przyciągnięcie innych do Boga. Po to jest nasze przyznawanie się do grzeszności.

Bóg Duch Święty na nowo pozwala rozpoznać naszą grzeszność, pozwala wejść w nasze namiętności po to, byśmy zobaczyli naszą grzeszność. Bywa tak, że upaść w grzech, oznacza porządnie podnieść się z niego. Gdyby Piotr nie zaparł się Jezusa, nie wyszedłby z tego. To nie jest usprawiedliwienie dla grzechu, że mogę go popełnić, bo wtedy rozwinę się duchowo. Przez naszą grzeszność Bóg wylewa miłość, objawia swoją chwałę. Możemy mieć trudności, jak ojciec Anatolij, ale to przez nas, jak przez bohatera filmu będzie się wylewać Boża miłość. Wtedy można powiedzieć: Boże, bądź uwielbiony, że pozwoliłeś mi upaść.  Gdyby Bóg na to nie zezwolił, nie poznałbym swojej grzeszności. Pozwolił Pawłowi prześladować chrześcijan, Piotrowi zaprzeć się, Judaszowi wydać Jezusa.

 

Spowiedź i pokuta

 

Moja spowiedź wygląda teraz tak: Mówię bezpośrednio do Boga: Uznaję, że zgrzeszyłem przeciwko Tobie, Panie. Wyrzekam się złego ducha obmowy, kłótni małżeńskiej, złości, pretensji, narzekania, pożądliwości, zazdrości… Nie opowiadam sytuacji, które do tego doprowadziły, nie tłumaczę się.

Uznanie własnej grzeszności, prawda o sobie, bez tłumaczenia się, jest punktem zwrotnym w nawróceniu. Pozostaje już nie czynić tego więcej, czyli zmiana myślenia i postępowania oraz pokuta. Nie chodzi o tę pokutę zadaną w konfesjonale, ale ofiarowanie moich obecnych trudności, pracy nad sobą jako zadośćuczynienia, podjęcie innych aktów pokutnych. Miłosierdzie będzie dane każdemu pod warunkiem, że uzna swój grzech i zmieni swoje życie. Konieczna jest więc praca nad sobą. (wysłuchaj rozmowy z ks. P. Glasem )

W sytuacji pokusy – mogę w grzech wejść, mogę go zaplanować, ale mogę też go nie wziąć. Jak z jabłkiem z koszyka. Wybierasz zgniłe jabłko lub zdrowe. Gdy nie wybierzesz zgniłego, wybierasz dobro i rezygnujesz ze zła. Nie mówię, czego nie wybieram, tylko co wybieram, a wybieram dobro. Czyli w momencie, gdy nie wybierzesz zgniłego jabłka, już czynisz dobro.  Czyli nie robiąc nic, nie wybierając złego, robię dobro. To jest właśnie milczenie.

A milczenie? To też jest wybór. Trzeba wybrać dobro, żeby nie wybrać zła, a milczenie jest unikaniem zła. Nie biorąc zła, właśnie wybrałem niewejście w zło. A zanim wybiorę dobro, to Bóg mi pokaże, co mam zrobić. To tak działa: kiedy wybieram dobro, Bóg mi mówi, co mam zrobić dalej.